Wywiad Ewy Gałązki z aktorką Danutą Stenką.

Ewa Gałązka: Mówi się o Pani “gwiazda późnego objawienia”. Pracując w Teatrze Współczesnym w Szczecinie, a później w Teatrze Nowym w Poznaniu, była Pani nagradzana na festiwalach teatralnych, ale ani film, ani Teatr TV nie upominały się o Panią. Dopiero po sześciu latach została Pani ,,odkryta” przez Teatr Telewizji, po 11 – przez film.

Danuta Stenka: Myślę, że to konsekwencje pracy poza Warszawą. Pamiętam taką sytuację z Laco Adamikiem. W czasie wakacji zagrałam epizod w,,Crimenie”. Adamik, kiedy dowiedział się, że pracuję w teatrze w Szczecinie, powiedział wprost: – To nie ma sensu, uciekaj stamtąd. Nawet gdybym cię bardzo potrzebował, nikt cię z tego Szczecina nie ściągnie. I taka jest prawda. Aktor dyspozycyjny to aktor warszawski.

Ale Pani droga zawodowa potwierdza teorię, że jeżeli ktoś ma talent, to zawsze wypłynie.

Nie mnie mówić o moim talencie. Na mojej przedwarszawskiej drodze spotkałam wiele utalentowanych osób. Byli zdolni, nagradzani na festiwalach, ale nikt tego nie wykorzystał. To, że znalazłam się w Warszawie, że dane mi było grać tyle ciekawych ról, to ogromny łut szczęścia. A ono w tym zawodzie jest równie ważne jak talent.

A nie spotkanie odpowiednich reżyserów?

Nie tylko reżyserów. Począwszy od moich szczecińskich przyjaciół, którzy mnie wypchnęli do Teatru Nowego w Poznaniu, spotykałam właściwych ludzi, którzy mną kierowali.

Wypchnęli? Przecież ówczesna dyrektor Teatru Nowego Izabella Cywińska nagradzała Panią wcześniej na festiwalu w Toruniu za rolę Mai w “Opętanych” Gombrowicza.

Ale nie dostałam od niej propozycji angażu. Znając siebie, siedziałabym w Szczecinie do dziś. Ale oczywiście nagroda również mi pomogła. Kiedy znalazłam się w gabinecie Cywińskiej i ledwo wydukałam moje nazwisko, usłyszałam w odpowiedzi: – Dziecko przecież ja cię znam, przecież cię nagradzałam. A dalej było już łatwiej.

Czy spotkanie z Izabellą Cywińską to był pierwszy kamień milowy na Pani drodze aktorskiej?

Nasze wspólne zawodowe bycie ze sobą, niezwykłe spotkanie artystyczne, jest jak drzewo, które rośnie, a słoi przybywa. I mogę tylko mieć nadzieję, że będzie trwać bardzo długo. A te wspomniane kamienie milowe to właśnie spotkani ludzie: wiele zawdzięczam moim szczecińskim przyjaciołom: Jackowi Polaczkowi, Krystynie Zgud-Bikart, Bolesławie Fafińskiej. Ryszard Major, mój pierwszy dyrektor, pozwolił mi wyjść spod parasola szkółki i stanąć na własnych nogach. Ta lista jest długa i wciąż ją uzupełniam. Umiejętność organizowania sobie życia zawodowego niestety nie leży w mojej naturze, tym większa moja wobec tych ludzi wdzięczność.

Mówi Pani, że w byciu z Cywińską słoi przybywa. To ona ,,odkryła” Panią dla Teatru Telewizji. Zagrała Pani u niej Nataszę w “Skrzywdzonych i poniżonych” Dostojewskiego, pamiętną Norę Ibsena, wreszcie główną rolę w ,,Pięknie” Bednarskiego. Była też Jurewiczowa w “Bożej podszewce”, która przyniosła Pani ogromną popularność. Na planie serialu krążyło nawet powiedzenie – wirus Stenki, czyli nieustanne poszukiwanie.

Rzeczywiście, ilekroć ktoś chciał wprowadzić poprawki, prosił o powtórkę, mówiono: – No nie, zapanował wirus Stenki! Ale to Cywińska tworzyła na planie taką atmosferę, że chciało się dążyć do ideału. Nie odbębniało się kontraktowych godzin pracy, byle do kasy. Dla takich chwil, takich sytuacji i ludzi warto uprawiać ten zawód.

Czy tylko u Cywińskiej zdarza się Pani grać na najwyższych obrotach?

Najczęściej u niej. Ona nie pozwala iść na łatwiznę. I to cenię. Niestety regułą jest, że jeżeli reżyser widział nas w poprzedniej roli w kolorze różowym, to angaż będzie do koloru różowego. I wcale nie chce, wręcz nie życzy sobie, żebyśmy zagrali na zielono, bo do zielonego ma innego kolegę, który od lat wyłącznie uprawiał kolor zielony. I tak jest dobrze. Ale na szczęście zdarzają się takie cudowne sytuacje, kiedy reżyser mówi: – O nie, kochana. To już grałaś 15 razy. A ja teraz oczekuję od ciebie czegoś nowego. I wtedy praca ma sens, trzeba szukać, grzebać, przewracać się, podnosić. I wtedy pięknie boli uprawianie tego zawodu. Ale i my, aktorzy, nie jesteśmy bez winy. Jakże poszukiwać tego, co najciekawsze, najistotniejsze w obcowaniu ludzi ze sobą, tego, co ponad, pomiędzy, pod słowami, skoro zdarza się, że tekst poznajemy na chwilę przed wejściem na plan, z ledwością utrzymujemy się na jego powierzchni i pod hasłem “profesjonaliści” wysypujemy z rękawa, co tam się komu przez lata nazbierało, używając sprawdzonych, wyślizganych chwytów.

Czy poza Cywińską są reżyserzy, którzy tak pracują?

Którzy nie traktują aktora jak pieczątki? Na szczęście tak. Pracują inaczej, różnie, ale nie są znudzeni, obojętni. Na przykład Mariusz Treliński, Krzysztof Warlikowski, Tomasz Zygadło, Filip Zylber, Jan Englert, który wpadł na szalony pomysł, żebym zagrała Rollisonową w “Dziadach”.

Przełamała Pani tradycję tej roli, którą zawsze grały aktorki dużo starsze.

Toteż przed wejściem na pierwszą próbę usłyszałam na korytarzu: – Boże, zrobili ci straszną krzywdę. Nie powinnaś grać tej roli. A za chwilę miałam się w niej odezwać. Nie byłam w stanie przeczytać kilku zdań ze strachu. Czułam się wtedy jak uosobienie wielkiej pomyłki obsadowej…

To wstrząsająca rola. Grana na takich emocjach, że miało się wrażenie dotykania czegoś, co jest tajemnicą.

Różne są opinie na temat tej roli. Nie ukrywam, że chciałabym do niej wrócić, kiedy lat i doświadczeń mi przybędzie. Nie zakończyłam mojej rozmowy z nią, ale na razie błogosławię los i Englerta.

Czy aktorstwo może spełniać rolę terapeutyczną?

Może. Dla kogoś, kto w tej pracy zapuszcza się w głąb człowieka, w siebie… Niektórzy natomiast uważają, że aktor powinien być wyłącznie rzemieślnikiem. I dobrze im z tym, publiczność ich kocha. W tym odnajdują sens. Jak wszędzie: szkoła falenicka i otwocka.

Więc czym jest dla Pani aktorstwo?

Trudne pytanie… Ważną częścią mojego życia. Dzięki niemu intensywniej obcuję ze światem. Dotykaniem nieprzewidywalnego w zderzeniu roli, reżysera, partnera, chwili… Dotykaniem tajemnicy, kiedy dobry Bóg odkręca na sekundę kranik swoje łaski… Jak już kiedyś powiedziałam – dzieleniem się człowiekiem z ludźmi. Oczywiście moje codzienne życie zawodowe zaprzecza temu.

Dlaczego?

Dlatego, że często biorę udział w takich przedsięwzięciach, które się sprowadzają do zarabiania pieniędzy.

Ale to jest cząstka tego, co Pani robi?

Niestety nie. Wolałabym zagrać jedną, dwie role w roku. Ale mieć warunki i czas na analizę, wnikliwe próby, przygotowanie do pracy z prawdziwego zdarzenia.

Gra Pani bardzo sugestywnie, na najwyższych emocjach, a jest Pani introwertyczką. Nie ma w tym sprzeczności?

Jak w każdym introwertyku kumuluje się we mnie zła energia, która w pewnym momencie po prostu musi znaleźć ujście.

Zła?

Zła, bo gdybym jej nie wyrzucała na zewnątrz, rozsadziłaby mnie. Praca pozwala mi wykorzystać tę energię, przemyślenia, doświadczenia. To wszystko, co się odkłada w skarbcu duszy.

Nie boi się Pani grać kobiet brzydkich, starych?

Nie. Jedną z najpiękniejszych przygód było spotkanie ze starością w “Bożej podszewce”. Niedawno zagrałam w “Cudzie purymowym” w reżyserii Izabelli Cywińskiej rolę brzydkiej, starzejącej się kobiety. Sama Cywińska na planie witała mnie okrzykiem: – O Jezu, jak ty wyglądasz! Co za koszmar! Patrzeć na ciebie nie można… Bardzo mnie wówczas ubawił mój synek filmowy, Grześ Małecki. Któregoś dnia zwierzył mi się: – Słuchaj, wszedłem na plan, szukałem cię, patrzę i myślę sobie – co tu robi ta kobiecina, właścicielka mieszkania, sprzątaczka czy kto? I nagle się zorientowałem, że ta babina to ty!!! Mam być brzydka – proszę bardzo. Mnie się to nawet podoba. Gorzej, kiedy każą mi grać ładną.

Boi się Pani grać amantki, bo są nieciekawe?

Tak, są mdłe. Zosia w “Damach i huzarach” w reżyserii Janusza Nyczka to była jedna z największych moich mordęg, ale też jedna z moich najukochańszych ról. A to tylko dlatego, że nie chciałam jej zagrać “po literach”, że próbowałam szukać czegoś obok.

Tę rolę nagrodzono na festiwalach teatralnych w Opolu i w Kaliszu.

Tak. Ale nie chciałabym już wracać do amantek. Prawdę powiedziawszy – uroda nie ta, a i wiek nie sprzyja. Zosia to był szalony pomysł reżysera. Swoją drogą nie zazdroszczę aktorkom, których chlebem powszednim jest nieustająca rola ozdobnika. Jak kiedyś opowiadała Ania Dymna – główne, czego od niej wymagano w czasach jej aktorskiej młodości, to stać, ładnie wyglądać i broń Boże chcieć zagrać. Jakże ceni sobie obecny czas, kiedy wreszcie dostaje role żywych ludzi, nie lalek. Toteż ja nie narzekam. A nawet bardzo sobie chwalę. Zdając egzaminy do mojej “przyzakładówki III stopnia”, jak nazywaliśmy Studium Aktorskie przy teatrze Wybrzeże w Gdańsku, miejsce na mapie teatralnej prawie nie znane, w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że tyle szczęścia mnie spotka…

Czy inspiruje się Pani pracą innych aktorów?

Oczywiście. Upajam się aktorstwem Gajosa, którego uwielbiam. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale jak i kim zastąpić Zapasiewicza, Holoubka, Szczepkowską, Globisza. Nie mówiąc już o Łomnickim! Nie da się zastąpić Meryl Streep, Hopkinsa, De Niro…

Czerpie Pani z ich pracy?

Oni uświadamiają mi czasem, wydawałoby się, banalne sprawy. Poraziła mnie np. scena w “Fortepianie”, kiedy Keitel wyznawał miłość głównej bohaterce (Holly Hunter). Zdałam sobie sprawę, jak nieprawdopodobną, porażającą siłę ma prostota. Ale jaki musi być ładunek w człowieku, jaka desperacja, żeby prostota mogła mieć taką właśnie siłę. Janek Frycz – uwielbiam jego nieobliczalność. Czasami robi jakiś gest, wydaje jakiś dźwięk… – mam wrażenie, jakby się prywatnej osobie coś wymknęło spod kontroli, bo jest to niemożliwe do zaplanowania przez aktora… Albo coś, co Krzyś Globisz zrobił w “Ślubie” Jarockiego. Jakbym słuchała najpiękniejszego koncertu w wirtuozerskim wydaniu…

Ale przede wszystkim eksploatuje Pani, jak każdy artysta, pokłady swojej duszy. A te fundamenty są na Kaszubach, w Gowidlinie, gdzie się Pani urodziła.

W duszy jestem wiejską dziewczyną. Nie mogę zapominać, kim jestem, skąd jestem, kim są moi rodzice, jaka jest moja babcia, w jakim domu mieszkałam, w jakich chodziłam rajstopach w dzieciństwie, ile razy brakowało pieniędzy, jakie mieliśmy Boże Narodzenia… To jest cała prawda o mnie, tym się wybrukowała moja dusza, do tego się odwołuję.

Czy były w Pani życiu zawodowym okresy milczącego telefonu?

Tak. Od stycznia 1998 roku, kiedy byłam już w zaawansowanej ciąży z drugą córką Wiktorią, do stycznia tego roku zagrałam tylko dwie role w Teatrze TV. Wydawało mi się, że to już równia pochyła, że worek z darami od losu dla Stenki aktorki jest pusty. Zadziwiał mnie tylko mój spokój.

Dla kobiet w średnim wieku jest niewiele ciekawych ról. To przekleństwo tego zawodu.

Przekleństwo tej płci w zawodzie. W momencie, kiedy człowiek dojrzewa, kiedy pojawia się coraz więcej pasm w duszy, aktorzy mężczyźni dopiero zaczynają czuć gaz pod nogą, natomiast aktor płci żeńskiej powoli wypada z gry. W zawodzie chciałabym być mężczyzną. W tej jednej sytuacji.

Skomentuj